W mediach

 

Prywatna może być nie tylko poczta. Tekst opublikowany 28 kwietnia 2014 nr 81 (3722) roku na łamach Dziennika Gazeta Prawna.

Wygrana Polskiej Grupy Pocztowej w przetargu na doręczanie przesyłek z sądów i prokuratur na nowo rozpaliła dyskusję o sensie państwowych monopoli. Kraje wyżej od nas rozwinięte przechodziły ją już wielokrotnie. W rezultacie, większość z nich poszła dalej w kierunku prywatyzacji sektora publicznego, niż sięga zbiorowa wyobraźnia polskiego społeczeństwa, wciąż chyba ograniczona szczątkami mentalności sprzed 1989 r.

Ograniczenia ustawowe, w tym koncesje i licencje, są, obok ekonomii zależności, patentów, korzyści skali i wyłącznej kontroli nad ważnymi nakładami, głównym źródłem monopoli. Tak też do niedawna było, a częściowo wciąż jest, w przypadku rynku usług pocztowych w Polsce. Tymczasem monopol, do tego państwowy, to przypadek szczególnie niesprzyjający efektywnemu zarządzaniu, a w konsekwencji zadowoleniu konsumenta, które w gospodarce rynkowej powinno stanowić kryterium nadrzędne.

O ułomnościach własności państwowej napisano wiele. Najważniejszą z nich jest słaba motywacja pochodzących z politycznego namaszczenia menedżerów do efektywnego zarządzania, opartego na kontroli kosztów. Harvardzki ekonomista Harvey Leibenstein już w 1966 r. stwierdził, że nie tylko technologia, ale i zapał, z jakim dana organizacja dąży do wydajności, decyduje o jej sukcesie. Przy czym brak tego zapału znacznie częściej spotykany jest w firmach państwowych. Według Leibensteina, prywatne przedsiębiorstwo redukujące koszt swojego funkcjonowania o dolara, podnosi swój zysk w tej samej proporcji. Z kolei decydujący się na podobny krok szef publicznego podmiotu, jedynie ogranicza sferę swojej władzy. Zbliżoną tezę stawiało później wielu uczonych, jak William Niskanen i Gordon Tullock, którzy doszli do wniosku, że aspiracją większości biurokratów jest maksymalne zwiększenie ich budżetu operacyjnego.

Dwa lata po Leibensteinie, Harold Demsetz z Uniwersytetu Kalifornijskiego opublikował w Journal od Law and Economics głośny artykuł, w którym rzucił hasło, by państwo zlecało – w drodze przetargów – sektorowi prywatnemu realizację precyzyjnie określonych usług, takich jak wywóz nieczystości czy właśnie doręczanie przesyłek, a nawet pożarnictwo. W wielu miastach USA pomysł ten zmaterializował się szybko i skutecznie. Koszty spadły nawet o połowę. Uszczerbku nie doznała jakość ani bezpieczeństwo, również w zakresie ochrony przeciwpożarowej, której oddanie w ręce komercji wzbudziło początkowo najwięcej zastrzeżeń. Dowodem na to był fakt, że w miastach, gdzie zatrudniono strażaków prywaciarzy, firmy ubezpieczeniowe nie pobierały wyższych składek ubezpieczeniowych niż gdzie indziej.

Dopuszczenie sektora prywatnego do jakiejkolwiek sfery usług świadczonych dotąd na rzecz obywateli wyłącznie przez państwo, jest oczywiście sprawą delikatną i powinno zostać poprzedzone głęboką analizą oraz debatą społeczną. Poza tym, nie każde rozwiązanie stosowane za granicą, w jednakowym stopniu sprawdziłoby się w Polsce. Warto jednak, byśmy zwyczajnie mieli świadomość, że dystrybucja dóbr publicznych nie musi być domeną polityków i osób z ich nadania.

Tylko czy usługi pocztowe są aby na pewno dobrem publicznym? Zgodnie z podręcznikową definicją, dobro publiczne charakteryzuje się niewykluczalnością i niezanikalnością. Oznacza to, że po pierwsze, odcięcie od korzystania z takich dóbr osób, które za nie nie zapłacą, jest niewykonalne lub niewspółmiernie kosztowne, a po drugie, ich konsumowanie przez jednych nie ogranicza możliwości innych w tym samym zakresie. Oba warunki spełnia na przykład obrona narodowa, ale na pewno nie doręczanie przesyłek.

Ostatecznym argumentem przemawiającym za dalszą stopniową prywatyzacją sektora publicznego są po prostu nasze największe problemy – niska strukturalna efektywność polskiej gospodarki i pełzające załamanie finansów publicznych. Dlatego deregulacja kolejnych sfer życia ekonomicznego powinna stać jednym z kluczowych elementów prorozwojowej i oszczędnościowej polityki państwa.

Tymczasem, po latach transformacji, wciąż aktualne pozostają słowa wybitnego ekonomisty, tym razem rodzimego, Adama Heydla, który pisał, że „życie ekonomiczne w Polsce uciskane jest jak gdyby gorsetem interwencji, który skrzywia kręgosłup gospodarczego organizmu”. Cytat ten pochodzi z 1931 r. Tak więc również przedwojenna rzeczywistość nie była wolna od nadmiaru państwowych regulacji. Płynie z tego zasadniczy wniosek – głęboka zmiana musi dotknąć całej filozofii polskiego myślenia o gospodarce, bo to ona prowadzi nas wciąż do budowania labiryntu nonsensów i zapętlania się w sieci interwencji.

Jeśli problemem stają się dla nas jakieś pojedyncze, niedoręczone przez prywatnego operatora przesyłki, a nie dostrzegamy zysku w postaci oszczędności, wzrostu konkurencji czy poprawy wydajności całego rynku, to znaczy, że przyjęliśmy postawę – jak pisał Heydel – nadgorliwego lekarza, który najpierw przepisuje pacjentowi kofeinę na pobudzenie akcji serca, potem, by ten nie cierpiał na bezsenność, wstrzykuje mu morfinę, a na koniec zaczyna stosować kary cielesne, podobno przeciwdziałające uzależnieniu. Skutki takiej terapii łatwo sobie wyobrazić.

 

dr Marian Szołucha- Ekonomista, wykładowca w Akademii Finansów i Biznesu Vistula, szef działu analiz Centrum im. Władysława Grabskiego.

Źródło:

http://edgp.gazetaprawna.pl/index.php?act=mprasa&sub=article&id=480487

 

DGP

Monopol dobry na wszystko?Tekst opublikowany 24 marca 2014 nr 57 (3698) roku na łamach Dziennika Gazeta Prawna.

Od początków polskiej transformacji minie w tym roku 25 lat. Na szczęście coraz mniej jest tych sfer gospodarki, w których wyczuwa się wpływ państwowych monopoli. Jedną z nich nadal jednak pozostaje rynek usług pocztowych. I związany z nim spór.

Z początkiem 2014 r. dobiegła końca era, w której sądy za pomocą Poczty Polskiej doręczały swe pisma (wezwania dla stron i świadków, odpisy wyroków, apelacje i inne dokumenty). Odtąd to Polska Grupa Pocztowa – wspólnie z InPostem oraz Ruchem – będzie realizować dwuletni kontrakt wart blisko pół miliarda złotych. Dodajmy, że jego realizację umożliwiło złożenie oferty aż o 80 milionów tańszej od Poczty Polskiej. Oczywiście PGP nie wygrała przetargu po to, aby przez dwa lata odgrywać filantropa. Najwyraźniej stworzone przez nią konsorcjum uznało, że można na tym zarobić.

Niestety Poczta Polska nie chce się poddać niekorzystnemu werdyktowi rynku i szuka wsparcia w mediach oraz wśród polityków. Większość z nich – dodajmy: ludzi, którzy zazwyczaj mienią się trybunami wolności gospodarczej oraz orędownikami przestrzegania prawa – nawet nie zadała sobie trudu, aby sprawdzić, o co w całej sprawie chodzi. Z definicji część mediów  oraz politycy uznali, że Poczta Polska ma rację. Dlaczego? Bo państwowa? Bo jej gremia decyzyjne stanowią zaufani? Bo w razie czego można poszukać tam pracy? Tego nie wiem, ale fakty i opinie prezentowane przez część  polityków oraz ekspertów dowodzą jednego: prywatny przedsiębiorca w naszym kraju nie może być niczego pewien. Nie wystarczy, że zgodnie z prawem wygra przetarg. Musi jeszcze zadbać o to, by przypadkiem nie naruszyć odwiecznych praw, interesów czy przywilejów.

Ale to nie wszystko. Poczta Polska, poza wywoływaniem alarmu, nie szczędzi także uwag i zastrzeżeń pod adresem konkurencji. Dowiadujemy się np., że listy nie docierają, że są notorycznie gubione, ulegają zniszczeniu, a w końcu że trzeba je odbierać w kioskach czy sklepach, słowem – w miejscach, w których stanowi to normę w wielu państwach, i to dużo lepiej od Polski rozwiniętych (Wielka Brytania, Szwecja, Holandia).

W takim razie pytam: kiedy z punktów Poczty Polskiej zniknie okienkowy handel mydłem i powidłem? Kiedy nadejdą czasy, w których zanim odbiorę polecony, nie będę musiał wysłuchiwać dysput o wyższości kremu X nad kremem Y? Pytanie kolejne: kiedy z jej punktów znikną wszelkie usługi bankowe, ubezpieczeniowe i inne? Te bowiem, podobnie jak wiele innych produktów, są sprzedawane właśnie w placówkach pocztowych. Dla jasności, osobiście uważam je za znak czasu. Znoszę cierpliwie i ze zrozumieniem, a nawet mogę aprobować gdyby nie drobny szczegół, że argument łączenia usług pocztowych z innymi Poczta Polska zaczęła wykorzystywać w walce z konkurencją. Pachnie mi to mentalnością Kalego.

Uchybienia, zapewne obecne, w działaniach konkurencji przesłoniły też Poczcie szereg grzechów własnych, by wspomnieć w tym miejscu tygodniowe oczekiwania na listy, paczki, kuriozalnie wysokie ceny, długie kolejki czy też wirtualnych listonoszy, których spotkać jest niemal tak samo trudno jak dzielnicowych. Z każdym tygodniem rośnie jednak skala pretensji Poczty do działań konkurencji. Najwyraźniej zdaniem władz państwowego giganta, ta ostatnia miała odgrywać rolę listka figowego na wolnym rynku usług pocztowych. Nieoczekiwanie, głównie dzięki skostnieniu organizacyjnemu Poczty, konkurencja okazuje się niebywale skuteczna. Poczta, zamiast wyciągać z tego właściwe wnioski i dynamicznie się zmieniać, woli atakować. Zmienia się co prawda, lecz wciąż zbyt wolno. Jeśli tego nie zrozumie, cena będzie bardzo wysoka. Zapłacimy ją (w zasadzie już to robimy) wszyscy, bo jako podatnicy jesteśmy pośrednio właścicielami tej jednoosobowej spółki skarbu państwa.

Kolejna sprawa: zarówno Poczta Polska, jak i media publiczne, które relacjonują ów spór, mają tego samego właściciela – są jednoosobowymi spółkami Skarbu Państwa. W dodatku to Poczta Polska SA jest odpowiedzialna za pobór abonamentu radiowo-telewizyjnego. Mówiąc wprost: od jakości jej pracy zależy istnienie niejednego stołka w TVP czy Polskim Radiu. Czy możemy zatem liczyć na ich obiektywizm w relacjonowaniu tego sporu? Miejmy nadzieję…

Na koniec coś optymistycznego. Z medialnego szumu i potoku nie zawsze sensownych wypowiedzi najbardziej do gustu przypadła mi opinia nowego ministra administracji i cyfryzacji, Rafała Trzaskowskiego, który komentując całą sprawę, stwierdził: „Poczta powinna wyciągnąć wnioski z przegrania przetargu na usługi dla sądownictwa i prokuratury, także w kontekście przyspieszenia własnej restrukturyzacji”. To zdanie ministra dedykuję wszystkim, którzy ćwierć wieku po upadku komunizmu wierzą w siłę monopolu. Pora wziąć się roboty, świat ucieka!

 

Krzysztof Tenerowicz – samorządowiec i przedsiębiorca, wykładowca akademicki. Prezes fundacji Centrum im. Władysława Grabskiego oraz przewodniczący komisji ds. przedsiębiorczości i innowacji sejmiku województwa małopolskiego.

Źródło:

http://edgp.gazetaprawna.pl/index.php?act=mprasa&sub=article&id=477499

 

 

10 X NIE. Argumenty przeciw wejściu do strefy Euro - Tekst opublikowany 20 marca 2013 roku na łamach portalu Mysl24.pl

Wchodzenie przez Polskę do strefy euro w obecnej sytuacji, a ta nie zmieni się jeszcze przez długie lata, to ekonomiczne szaleństwo.

Do takiego wniosku dojdzie każdy, kto odłoży przez chwilę na bok światopoglądowe i polityczne tło całej sprawy. Co więc się stanie z naszą gospodarką, jeśli zrezygnujemy ze złotego?

Po pierwsze, Polska na trwałe zakotwiczy na ubogich peryferiach Europy. Dotychczasowe doświadczenia eurolandu dowodzą bowiem, że wspólna waluta, zamiast zmniejszać różnice w poziomie rozwoju uboższych i zamożniejszych państw, w większości przypadków pogłębia je. Innymi słowy, w miejsce osławionej realnej konwergencji, pojawia się realna dywergencja.

Po drugie, wzrosną ceny podstawowych produktów. Ekonomiści mogliby co prawda długo dyskutować o tym, czy euro wywołuje podwyżki, czy nie i przerzucać się coraz mniej zrozumiałymi pojęciami, jak efekt Balassy-Samuelsona, iluzja euro itp. Tymczasem, wystarczy rzut oka na to, co dzieje się przy naszej południowej granicy. Bo dziś to Słowacy przyjeżdżają do Polski na zakupy, a nie odwrotnie, jak jeszcze kilka lat temu.

Po trzecie, pozostaniemy bez tzw. „poduszki kursowej”, czyli jednego z ważniejszych elementów amortyzujących wszelkiego rodzaju wstrząsy ekonomiczne płynące do nas z zewnątrz. Na początku obecnego kryzysu, to właśnie silna deprecjacja złotego, która podniosła konkurencyjność polskiego eksportu, uratowała nas przed załamaniem.

Po czwarte, budżet zostanie uszczuplony o wpłaty z zysku NBP, które tylko w roku 2011 wyniosły 8,2 mld zł i uchroniły nas przed przekroczeniem zapisanego w ustawie o finansach publicznych progu 55 proc. długu publicznego w stosunku do PKB.

Po piąte, będziemy zmuszeni do dokładania się w znacznie większym stopniu, niż to robimy obecnie, do wszelkich funduszy ratunkowych i stabilizacyjnych eurolandu, a więc de facto do ratowania finansów krajów znacznie od nas bogatszych.

Po szóste, jeszcze przed samym przyjęciem euro, bo w ciągu dwóch lat obowiązywania tunelu wahań kursu PLN/EUR w granicach ±15 proc., narazimy się na ryzyko ataków spekulacyjnych.

Po siódme, NBP będzie musiał przekazać do Europejskiego Banku Centralnego znaczną część ze 100 mld dolarów polskich rezerw walutowych.

Po ósme, rezygnując z możliwości prowadzenia własnej polityki pieniężnej, utracimy ważny instrument wpływania m.in. na poziom inflacji, aktywność gospodarczą Polaków, sytuację na rynku pracy czy ceny papierów wartościowych.

Po dziewiąte, jako członek strefy euro, nieporównanie bardziej ucierpimy w przypadku jej rozpadu.

Po dziesiąte wreszcie, nie sprawdzą się bodaj żadne przewidywania entuzjastów euro, które mogłyby złagodzić zarysowany wyżej obraz. Nie zostanie zdynamizowana nasza wymiana handlowa, a wiarygodność Polski w oczach zagranicznych inwestorów spadnie. To odważne tezy, więc warto podać kilka dowodów na ich poparcie. Z danych Eurostatu wynika, że w ciągu pierwszej dekady istnienia euro, tempo wzrostu eksportu Belgii spadło dwukrotnie, Francji trzykrotnie, a Włoch zmniejszyło się z 5,6 proc. do 0,3 proc. Z kolei średnie ryzyko gospodarcze na tym obszarze wzrosło, według badania Euromoney Magazine, o ponad 70 proc. Najniższe w całym rankingu było zaś w tych krajach europejskich, które wspólnej waluty nie przyjęły – Norwegii, Szwajcarii, Szwecji i Danii.

Bo z euro – jak mawiał Milton Friedman –jest jak z socjalizmem. To piękna idea, która nie sprawdza się w praktyce.

 

dr Marian Szołucha- ekonomista, wykładowca akademicki, z-ca redaktora naczelnego kwartalnika „Myśl.pl”, ekspert fundacji Centrum im. Władysława Grabskiego.

—————————————————————————————————————————————————————————-

Zielona wyspa czy ruchome piaski- recenzja. Tekst opublikowano na łamach 23. numeru (3/2012) kwartalnika „Myśl.pl”.

Recenzja książki Janusza Szewczaka, Zielona wyspa czy ruchome piaski. Prawda o polskiej gospodarce, Poznań 2011

Jakie emerytury dostaniemy z OFE? Czy rzeczywiście aktywa działających w Polsce banków wolne są od „złych kredytów”? Ile naprawdę wynosi nasz PKB? Co może dobić strefę euro? Odpowiedzi na te i inne pytania warto poszukać w książce Zielona wyspa czy ruchome piaski, która ukazała się w drugiej połowie 2011 r. nakładem wydawnictwa Zysk i S-ka, a liczy ponad 220 stron i składa się z 32 krótkich artykułów i felietonów.

Najpierw kilka słów o autorze. Janusz Szewczak, obecnie główny ekonomista Spółdzielczych Kas Oszczędnościowo-Kredytowych (SKOK), to prawnik z wykształcenia, znany analityk gospodarczy, specjalizujący się w tematyce związanej z finansami publicznymi, przekształceniami własnościowych i bankowością.

W 2009 r. otrzymał specjalną nagrodę „Gazety Finansowej” za to, że „na przekór ogólnie panującym poglądom, miał odwagę głoszenia krytycznych, ale trafnych i bezkompromisowych ocen i prognoz ekonomicznych”.

Był m.in. doradcą przewodniczącego Sejmowej Komisji Przekształceń Własnościowych, współpracownikiem Rządowego Centrum Studiów Strategicznych, prezesem Polskiego Centrum Badań Społeczno-Ekonomicznych i wykładowcą w Wyższej Szkole Ekonomiczno-Informatycznej w Warszawie (obecnie Uczelnia Vistula).

Opisywana książka jest wyjątkowa, a przez to szczególnie godna uwagi, z co najmniej kilku powodów. Po pierwsze, mimo że stoi na wysokim poziomie merytorycznym, to napisana została językiem bardzo przystępnym i zrozumiałym właściwie dla każdego. Po drugie, autor bez ogródek obnażył na jej kartach prawdę o stanie polskiej gospodarki i finansów publicznych. Po trzecie wreszcie, ujmuje ona całościowo wszystkie chyba najważniejsze zagadnienia życia ekonomicznego naszego kraju – od podsumowania skutków procesu prywatyzacji z lat 90., przez analizę reformy emerytalnej, roli spekulantów na rynkach kapitałowych i kreatywnej księgowości w finansach państwa, aż po prognozę skutków obecnego kryzysu i wskazanie środków zaradczych.

Na szczególną uwagę zasługuje fakt, że J. Szewczak nie boi się stawiać odważnych tez, często formułowanych w naprawdę dosadny sposób. A setki, jeśli nie tysiące przytaczanych przez niego twardych danych ekonomicznych, przeplata ze swadą fragmentami bajek Ignacego Krasickiego.

Lektura Zielonej wyspy, książki niezwykle aktualnej w kontekście bieżących wydarzeń ekonomicznych, z pewnością pozwala spojrzeć na polską, europejską i światową gospodarkę w zupełnie nowy sposób. Na szeroko komentowane w mediach i dotykające każdego z nas w codziennym życiu sprawy rzuca bowiem nowe światło, a co najważniejsze, burzy wiele szkodliwych, ale jakże utrwalonych w społecznej świadomości mitów.

 

dr Marian Szołucha- ekonomista, wykładowca akademicki, z-ca redaktora naczelnego kwartalnika „Myśl.pl”, ekspert fundacji Centrum im. Władysława Grabskiego.

Facebook